Indie – magia kolorów i kontrastów

Kąpiel w Gangesie

 

Fotoreportaż z podróży po Indiach

Mira przybyła do Varanasi już po zmroku. Po pięciodniowej podróży z Jaipur w Radżasthanie była tak zmęczona, że chciała się tylko przytulić, wszystko jedno gdzie, do jakiegoś muru i zasnąć choć na chwilę. Usiadła na ulicy, obok dwóch świętych krów, które akurat tu postanowiły spędzić noc. Bydlęta żarły to co znalazły obok siebie: podgniłe owoce, papierowe i foliowe torby, resztki wysypujące się ze śmietników. Kobiecie nie przeszkadzały ani zwierzęta, ani tysiące innych pielgrzymów, którzy przybyli tu w tym samym czasie.

Tu życie podporządkowane jest bogom. W hotelach nad Gangesem, nawet tych dla turystów, nie podaje się mięsa. Alkohol zabroniony. Ulice są najgwarniejszym i największym targowiskiem na świecie. Tysiące ludzi, udając się nad brzeg najświętszej z rzek, kupują na straganach ofiary dla bogów: wianki z kwiatów, gliniane dzbanuszki ze sklarowanym masłem lub mlekiem, wymyślne słodycze, ziarna ryżu, miniaturowe świeczki na łódkach z wysuszonych liści. Wydadzą na te dary nawet ostatnie pieniądze, choćby nie mieli później za co kupić sobie czegoś do jedzenia. Wszyscy czekają na świt. Tak, jak Mira z Radżasthanu, która o porannym zanurzeniu się w Gangesie marzyła od zawsze. Wierzyła, że to pomoże jej po śmierci odrodzić się w lepszej grupie społecznej, że jej dusza nie zamieszka na przykład w jakimś nieczystym zwierzęciu, że pomoże to jej uzyskać lepszą karmę.

Rupie na tę podróż zbierała latami, pracując jako uliczna kucharka w Jaipur, mieście słynącym z biżuterii zdobionej szlachetnymi i półszlachetnymi kamieniami, którą wytwarza się tu od setek lat, a cały Radżasthan nią słynie. Lepiła pierożki nadziewane siekanym mięsem kurczaka z przeróżnymi przyprawami, które smażyła na rozgrzanym łoju. Ponoć były najlepsze w okolicy. W tym czasie mąż szlifował rubiny, malachity, lapis lazuli i inne kamienie w wytwórni wyrobów z białego marmuru. Ona pilnowała jeszcze piątki dzieci. Oboje zarabiali najwięcej, kiedy udało im się spotkać jakiś turystów – albo dali trochę pieniędzy zupełnie bezinteresownie, albo zapłacili za jedzenie nawet dziesięć razy tyle, co Hindus. Skrupulatnie zbierali na podróż życia.

W końcu wyruszyli do Varanasi. Ona wzięła worek z najbardziej potrzebnymi przedmiotami. Nosiła go na głowie. On trzymał pieniądze. Jechali najpierw okazją, później trochę pociągiem, spory kawałek drogi przebyli pieszo. Kiedy dotarli do celu byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie wśród tysięcy innych, którzy przeżywali to samo. Nie przerażał ich tłum, to że nie mają dachu nad głową i muszą umyć się na ulicy. To jest tu normalne, i będzie chyba zawsze.

W Varanasi ludzi takich, jak oni są tysiące. Życie do późna tętni na ulicach. Niezliczona ilość samochodów, rikszy, motorikszy zwanych tutaj tuk-tuk, wozów ciągniętych przez wielbłądy i woły powoli przesuwa się w stronę Gangesu. Jest ich tyle, że przejście na drugą stronę ulicy wydaje się graniczyć z cudem. A jednak wszyscy się przemieszczają, mimo ciągłego pisku klaksonów, który jest nie do wytrzymania. Pomiędzy ludźmi i ich pojazdami leniwie kręcą się święte krowy, ani trochę nie zwracając uwagi na ten olbrzymi ruch wokół siebie. Zachowują się tak, jakby doskonale wiedziały, że są święte. Błędnym wzrokiem od czasu do czasu spoglądają ludziom prosto w oczy, załatwiając przy tym potrzeby fizjologiczne w znany na całym świecie sposób, który z wyjątkowością tych zwierząt w Indiach nie ma nic wspólnego. Smród ich odchodów miesza się ze smogiem spalin, zapachem rozkładających się śmieci, ulicznym kurzem i potem pielgrzymów. Wszystko to potęgowane jest przez temperaturę sięgającą w cieniu ponad trzydziestu stopni Celsjusza oraz hałasem trudnym do wytrzymania.
Tłumy Hindusów, tony śmieci, setki krów i kóz, kilka psów, ani jednego kota, chyba tysiące riksz i przeróżnych samochodów. To wszystko sprawia, że w mieście tętni życie. Ala tak na prawdę zewsząd czai się tu śmierć. Setki zniedołężniałych staruszków każdego dnia ciągną do Varanasi, by tu umrzeć. Ogromne ilości drewna zwozi tu co tydzień kasta tzw. niedotykalnych. To oni przygotowują ciała do kremacji, których przeprowadza się tu kilkadziesiąt dziennie. Największym marzeniem pobożnego hinduisty jest umrzeć tu i połączyć się na zawsze z Gangesem, by już nie odrodzić się w nowym ciele, aby osiągnąć Nirvanę.

Fotogaleria z wyprawy do Indii